Zbrodnia doskonała

Mam prawo zachować milczenie. Nie tyle nad trupem, co nad wiekiem kobiety, którego podawać nie wypada. Dla dobra sprawy ujawnię tylko tę informację, że już dawno przekroczył on setkę. Nie zaprzeczę natomiast faktom – staruszkę książkę próbowano uśmiercić co najmniej dwa razy. Tymczasem ta, której przyczyny zgonu analizował już w sześćdziesiątym trzecim Michel Butor w swoich esejach a w trzydzieści lat później Robert Coover na łamach New York Timesa, przeżyła cyfrową rewolucję i jak na domniemanego nieboszczyka wydaje mi się całkiem świeża.

Bez skruchy przyznaję się do winy. Oświadczam, że zamknęłam część swojej domowej biblioteki w kilkunastu megabajtach niewielkiego, prostokątnego urządzenia. Przyznaję się i do tego, że moje zainteresowanie fenomenem powieści hipertekstowych zdecydowanie odbiega od normy. Dodam jeszcze, że obok wynalazku całkiem współczesnego, zwanego czytnikiem ebooków, na moich półkach spoczywają liczne egzemplarze dzieł drukowanych –spuścizna po świętej pamięci Gutenbergu. I tak bezwstydnie prastary papier i cyfrowa technologia obok siebie egzystują. Biorąc pod uwagę zaistniałe okoliczności nie mogę mówić o popełnieniu zbrodni na książce drukowanej. A gdzie nie ma zbrodni, tam i o trupa ciężko.

Z czystym sumieniem, bo bez obawy o los książki drukowanej, ulegam więc moim morderczym skłonnościom. Czytam więc tradycyjnie i nietradycyjnie, powieści online i powieści klasyczne, na ekranie komputera i na ekranie czytnika i na kartce papieru. Czytam w sposób nieuporządkowany – skacząc od linka do linka. I czytam całkiem klasycznie – od strony do strony.

Ze wszystkich tych występków lektura powieści hipertekstowych, tak zależna od czytelnika, pozostaje najbardziej na czasie. Francuska badaczka, Marie-Laure Ryan, pięknie ją nazwała „bezcelowym wędrowaniem”. Można by oczywiście tworzyć to „bezcelowe wędrowanie” w duchu Cortázara – wielkiego prekursora powieści hipertekstowej – ale z linkiem, to jakoś i nowocześniej i szybciej i jak sądzę bardziej zrozumiale niż na papierze. To oczywiste, że z linkiem można się cofnąć, to, że prawie zawsze jest ich kilka i każdy prowadzi do innego celu. A, że takie odnośniki znajdziemy w powieści a nie w artykule? To nic nie szkodzi. To tylko sto razy ciekawiej. Jeden tekst i całe bogactwo wyboru. W tym wszystkim Ty – odbiorca – już nie bierny, ale uczestniczący, kształtujący fabułę wedle swoich fanaberii. Czasem oczywiście błędny trop, ślepa uliczka w śledzonym kryminale, to znowu śmiertelny wypadek i trzeba zacząć od początku, trzeba szukać innych rozwiązań, które jak wszystko w hipertekście, bogate są w możliwości.

Do listy moich przestępstw koniecznie należy dopisać jeszcze jedno. Doszło do niego podczas listopadowego konwentu miłośników fantastyki, kiedy to usłyszałam o nowym technologicznym „science-fiction”. „Science-fiction” okazało się audiobookiem, oczywiście interaktywnym, gdyż jak widać w dobie facebooka reakcja ze strony odbiorcy być musi, inaczej nie ma zabawy. O ja cię – pomyślałam wtedy – co zrobi taki audiobook z książką słuchaną, kiedy powieści hipertekstowe zrewolucjonizowały pojęcie lektury, a czytniki rynek wydawniczy?

Zaczyna się całkiem niewinnie. W główny tok opowieści wprowadza nas krótki prolog. W tle trzask ogniska, na drugim planie obowiązkowe zawodzenie wiatru, całości dopełnia dialog na dwa głosy. Nic nowego taka atmosfera słuchowiska. Jednak bierność słuchaczowi za nic nie przystoi, więc audiobook jest aplikacją. Oprócz okienka, w którym możemy na bieżąco śledzić tekst, zawiera skromne menu i instrukcję, żeby było koniecznie wiadomo, że trzeba podejmować wybory i w którym momencie i że ostateczne i że generalnie cała ta audiolektura, to śmiertelnie niebezpieczna rozgrywka, bo bohater może nawet zginąć. Tymczasem opowieść nie daje o sobie zapomnieć i perfidnie, po nowoczesnemu, wciąga nas w fabułę. Rok 1812 był to mroczny rok. Nie trzeba było nawet komety na niebie, by przeczuwać straszne wydarzenia – zaczyna się nie tylko innowacyjnie ale i aluzyjnie. Cytat z kolegi Sienkiewicza gdzieś tam bezwstydnie spod słuchanego tekstu prześwituje. Pierwszy polski interaktywny audiobook nazywa się jednak „Serce Zimy” a nie „Ogniem i Mieczem”. Pozornie, zdaje mi się, nic nowego – taki słuchany hipertekst, życie i losy głównego bohatera w rękach czytelnika. Powiecie, ale ilustracja dźwiękowa, ale elementy słuchowiska. Odpowiem – było. Do fenomenu powieści hipertekstowych dodajcie sobie fakt, że każdy ich fragment mógł być tekstem, dźwiękiem, obrazem lub filmem. Rewolucji nie ma. Po prostu po tych wszystkich hipertekstach, ebookach i czytnikach książek, audiobookom interaktywnym pojawić się zwyczajnie nie wypadało.

Nie widzę rzekomego trupa w dokonujących się przemianach. W końcu na temat przenikania się mediów pisywano całe wywody, więc zupełnie nie rozumiem dlaczego ta – jak ją szumnie zwą – konwergencja mediów miałaby ominąć i książkę. Bo co? Bo, że szacunek dla starszych? Bo to obraza dla druku taki elektroniczny czytnik? A co jeżeli nic a nic jej to nie ujmuje ten nowy, „drugi” obieg?

Nie, nie zaprzestanę swoich zbrodni. Będę dalej e-czytać i będę dalej e-słuchać. Będę sięgać po czytniki ebooków i po tę literaturę, gdzie lektura zamienia się w „swobodne błądzenie”, gdzie czytamy od linka do linka i gdzie w miejsce trupa pojawia się intelektualna rozrywka. Będę obserwować jak zmienia to sposób odbioru i interpretacji i to jak nowe nośniki tekstu utrwalają go i upowszechniają i jeszcze to jak ją wzbogacają. A od czasu do czasu pójdę i poszukam dla siebie ciekawej książki na długie wieczory. Tak, tak, takiej zwykłej, papierowej, pachnącej jeszcze farbą drukarską. I jeżeli to wszystko, to jest właśnie śmierć książki, to jest jej z tę śmiercią wybitnie do twarzy. I koniec. I kropka. Post mortem.

O AUTORCE
Dziennikarka i publicystka z Krakowa. Jako wolny strzelec publikowała w magazynie kultury popularnej Esensja, Dzienniku Teatralnym i Onecie. Obecnie współpracuje z wydawnictwem Solaris przy tworzeniu Encyklopedii Fantastyki a konkretniej redaguje hasła związane z wątkami mitologicznymi i legendarnymi, występującymi w kulturze popularnej. Zajmuje się także grafiką komputerową i pisaniem do szuflady. W swoim czasie pod pseudonimem pisywała opowiadania do Internetu. Przez sześć lat prowadziła forum literackie. Chociaż ceni media tradycyjne, przyszłość widzi w dziennikarstwie internetowym. Realizuje się szczególnie w recenzjach i esejach, w których dzieli się odkryciami z zakresu literatury i filmu. Szczególnie ceni sobie fantasy. Interesuje się też kulturoznawstwem, grafiką komputerową i nowymi mediami. Swego czasu założyła i zarządzała literackim forum internetowym. W pracy dziennikarskiej stara się łączyć wszystkie wspomniane dziedziny.