Fantastyczne getto

Gdyby swoje opowieści o Sherlocku Holmesie, Conan Doyle stworzył w naszych czasach być może nie musiałby obawiać się pobicia a Londyńczycy nie potrzebowaliby nosić czarnych przepasek na znak żałoby po ukochanym detektywie. Prawdopodobnie po prostu sami dopisaliby dalszy ciąg. Pożyczyliby sobie realia wraz z bohaterami a efekt nazwali fanfikiem. Jednak w dobie Internetu o utworach stworzonych w oparciu o inne dzieła wciąż mało się mówi, czym są wiedzą głównie sami zainteresowani, a na swoje miejsce w literaturze przyjdzie fikcji po fikcji jeszcze trochę poczekać.

W poszukiwaniu początków niektórzy badacze cofają się aż do Biblii, inni do pierwszych dekad dwudziestego wieku i literackich kontynuacji „Przygód Sherlocka Holmesa” i „Alicji w krainie czarów”. Jednak to szalone lata sześćdziesiąte stają się ojczyzną fanfików. Opowiadania pojawiające się na łamach czasopism fanowskich nie są już pojedynczymi ewenementami, ale zjawiskiem. Ich tematyka początkowo pozostaje ściśle powiązana z literaturą fantastyczną, a zwłaszcza z jej fantastyczno-naukową odmianą. Jednak pojawienie się Internetu i jego szybki rozwój sprawia, że nowa forma twórczości zaczyna powoli wychodzić z fantastycznego getta. I tylko niegasnąca popularność kultowego już dziś „Star Treaka”, czy „Gwiezdnych Wojen” oraz oszałamiający sukces Harry’ego Pottera dowodzą, że nigdy nie zerwała z nim całkowicie. Dziś fanfiki liczy się w milionach. A tam, gdzie amerykańskie seriale biją rekordy oglądalności, a przygody młodego czarodzieja ustąpiły fali wampirzych romansów, czytelnicy coraz rzadziej pozostają bezczynni. Kiedy czytam książkę, to wyobrażam sobie bardzo różne rzeczy. Co było wcześniej, co było dalej, co było w międzyczasie, co by było gdyby. Fanfik jest tylko krok od tego, prawda? Pojawia się z ciekawości, dla eksperymentu, dla rozrywki – czytamy wypowiedź jednej z autorek na popularnym forum internetowym Mirriel. Z kolei inna użytkowniczka powód do pisania ma zasadniczo jeden – niezgodę na kanon. Zawsze, w stu procentach wypadków, akcja przyczynowo-skutkowa prowadząca do powstania fanfika, a przynajmniej do przerobienia fabuły w głowie, wyglądała tak: czytam dzieło, zaczynam uzurpować sobie prawo do decydowania o losie bohaterów czy rozwinięciu pewnych wątków, napotykam sytuację, która koliduje z moimi wyobrażeniami (no jak to Dumbledore GINIE?!), zakasuję rękawy i piszę/wymyślam dziesięć różnych wątków, które sprawią, że owa niebezpieczna mielizna zostanie ostrożnie wyminięta i mogę odetchnąć z ulgą (ha! a jednak ŻYJE). Jak każda społeczność fani mają swoje mikro i makro światy. Najczęściej nie wystarczy sama znajomość konkretnej książki, filmu czy serialu, żeby odnaleźć się w środowisku i pozbyć się niewygodnego statusu „obcego”. Trzeba zacząć mówić i posługiwać się językiem konkretnej zbiorowości fanów, zwanej fandomem.

Fanfiki przywędrowały do nas zza granicy wnosząc w posagu angielską terminologię. Istniejący już wcześniej chaos, spowodowany niezależnym rozwojem fanfików w wielu miejscach jednocześnie, tylko się powiększył. W potrzebie określenia „tego czegoś, co tworzymy” fani czerpali z różnych, dostępnych źródeł, bardzo często nie kontaktując się ze sobą. Prym wiodła terminologia filmowa i literacka oraz anglicyzmy. Nieraz jednak sięgało się i dalej, choćby i na wschód. Na przykład cieszące się popularnością, głównie wśród kobiet, utwory z wątkiem męskiej miłości homoseksualnej, określa się mianem slashu, jednak niemniejszą popularnością cieszy się yaoi, nazwa zaczerpnięta z japońskich komiksów (mang). Od czasu do czasu do chaosu dokładają się także literaturoznawcy, tworząc oczywiście całkiem nowe nazewnictwo.

Uprawianie fikcji po fikcji może jednak przyjąć cztery, całkiem konkretne jak na powstały chaos formy. Można więc stanowczo oświadczyć „to jeszcze nie koniec” i dopisać ciąg dalszy (sequel). Można spróbować odpowiedzieć na pytanie co też było zanim zaczęła się historia przedstawiona w ukochanym utworze (prequel). Można rozwijać wątki poboczne, czy to pisząc je samemu czy zaczytując się w kolejnych wariacjach na temat konkretnej postaci, jak to mają w zwyczaju miłośniczki Sewerusa Snape’a, mrocznego nauczyciela eliksirów z sagi o Harrym Potterze, którego w kanonie wiecznie im za mało (spin-off). Z kolei ci, dla których Lord Vader nigdy nie umarł, mogą zabrać się za tworzenie alternatywnej historii (alternatywa). Ścieżek do wyboru jest wiele, a do wspomnianych głównych nurtów dochodzi jeszcze odrębna grupa pojęć – określenia konkretnych odmian fanfików. Jest więc utwór, który z założenia powinien mieć ni mniej ni więcej tylko sto słów (drabble). Są opowiadania wciąż króciutkie, ale już mniej restrykcyjne (miniaturki). Jest i tekst obowiązkowo dramatyczny (angst). Analogicznie są też opowiadania wielodocinkowe, na miarę powieści. Swego czasu sporą popularnością cieszyły się kolejne wersje kolejnych tomów Harry’ego Pottera. Był więc „Harry Potter i Zemsta Życia” i był „Harry Potter i Wężouste Kapłanki” i wiele, wiele innych o równie wymyślnie brzmiących tytułach. Rajem dla heteroseksualnych kobiet stała się odmiana fanfików z wiodącym romansem dwóch mężczyzn (slash). Równouprawnienie zostało oczywiście zachowane, chociaż romans dwóch kobiet (femmeslash) jest już rajem na zdecydowanie mniejszą skalę. Niektórzy lubią tworzyć wspólnymi siłami, z założenia wieloodcinkowo i niekiedy latami (opowiadania z kluczem). Innym z kolei jeden świat nie wystarcza, więc nikogo nie powinien zdziwić sojusz Batmana i Supermena (crossover), albo Lara Croft w roli Buffy, pogromcy wampirów (fusion). Tam, gdzie do głosu dochodzi wyobraźnia fanów, jest to po prostu całkiem normalne.

Ponieważ fani piszą głównie dla innych fanów i ponieważ publikują w Internecie fanfiki są założenia interaktywne. Blogi i fora internetowe, to przede wszystkim nieustanna dyskusja , tutaj już autor nie ma gdzie się wycofać i nie bardzo też chce, bo tworzy po to właśnie, żeby było komentowane. Jest mu więc albo nie za łatwo, albo, przeciwnie, niezasłużenie wręcz prosto, jak w przypadku opowiadań publikowanych na blogach, pogardliwie zwanych „blogaskami”. To właśnie najczęściej w tego typu tekstach pojawia się model bohaterki idealnej, która w przytłaczającej ilości przypadków pretenduje do alter ego autorki. Istota owa dorobiła się nawet własnego pseudonimu. W kręgach bardziej ambitnych twórców nazywa się ją Mary Sue. Bohaterka, względnie bohater, chociaż przeważa tutaj zdecydowanie płeć żeńska, najczęściej dziedziczy nazwisko po jakiejś głośnej postaci, wszyscy ją kochają a najbardziej kultowych bohater danej serii i oczywiście jest nieziemsko piękna, z czego jednym z najbardziej popularnych zestawów są niebieskie oczy, blada cera i kruczoczarne włosy. Tam, gdzie czytelnicy blogasków najczęściej zostawiają komentarze z cyklu „pisz dalej”, inni profilaktycznie tworzą test na Mary Sue, zachęcając, zwłaszcza początkujących autorów, do sprawdzenia swoich postaci pod kątem ideału zanim ów zdecyduje się nawiedzić świat fanfików. Czy twój bohater zbawia świat/miasto/szkołę/sierociniec? albo bardziej bezpośrednie Czy Twoja postać kocha się w postaci jaką uwielbiasz i jakiej chciałabyś być kochanką/kochankiem? – to jedne z przykładowych pytań pojawiających się w takich testach. Mary Sue to, podobnie jak blogaski, zjawisko dotyczące wszystkich fanfików. Kolejne dwa dotykają już jednak problematyki o wiele poważniejszej niż zawartość literatury w literaturze – pornografii i tematyki homoseksualnej.

Tam, gdzie przed tekstem nie ma informacji o ograniczeniach wiekowych, łatwo trafić na opowiadania przekraczające granicę dobrego smaku, a nawet zahaczające o pornografię. Jest nawet taka odmiana fanfików, zwana z angielskiego, porn without plot (w skrócie PWP), czyli figle bez fabuły. Na ambitniejszych forach (Mirriel, Twój Net), to zazwyczaj dowcipny, lekko napisany tekst, skupiony wokół scen łóżkowych, można jednak sobie wyobrazić, co takie figle mogą zrobić w rękach nieodpowiedniego autora. Co jednak bardziej niepokojące bardzo często produkcją tego rodzaju tworów, zajmują się nastoletnie autorki, zwane też „ałtoreczkami”, wspomnianych wcześniej blogasków. Wątki kazirodcze, albo związki nieletniej bohaterki z dorosłym mężczyzną, często nauczycielem, to przykłady tych przelanych na papier fantazji erotycznych. Biorąc pod uwagę fakt, że bohaterka jest najczęściej alter ego autorki aż strach bierze. Jednak zjawisko podejmowania tematów trudnych, niekiedy przekraczających społeczne tabu, ma także swój pozytywny wymiar. Nie koniecznie za slash muszą zabrać się „ałtoreczki”. Bardzo często homoseksualiści wpadają w ręce dobrze piszących autorów. Trzeba też dodać, że wpadają w nie bohaterowie o orientacji heteroseksualnej, która w fanfiku ulega cudownej przemianie. Pomijając jednak liczbę tych przemian slash, to zjawisko pozytywne. Treść wspomnianych tekstów niesie dobrą wiadomość dla badaczy, zajmujących się coraz bardziej popularnymi w ostatnich latach studiami nad płcią. Fanfiki to nie tylko lekcja tolerancji, ale i dowód na to, że zmienia się stereotypowe myślenie na temat kobiecości i męskości.

Wspominany system ostrzeżeń przy utworach, to także element innej praktyki, praktyki związanej z przygotowaniem tekstów do publikacji w Internecie. I tutaj fani poradzili sobie sami, tworząc własną instytucję na wzór tych, które powstają w pełni profesjonalnych wydawnictwach. Korektorów nazywa się beta readerami lub w skrócie betami, co nie jest niczym innym jak anglicyzmem, oznaczającym osobę sprawdzającą teksty pod względem merytorycznym i językowym. W środowisku dba się nie tylko o kulturę języka ale i poziom publikacji. Ze zgrozy spowodowanej występowaniem Mary Sue na dużą skalę, powstały testy na bohatera idealnego, a także inicjatywy znane pod kryptonimami takimi jak Locha Snape’a czy Pesymistyczna Łączka Kłapouchego. To miejsca, gdzie blogaskowa twórczość zostaje rozłożona na czynniki pierwsze nie tylko dla uciechy czytelnika ale i ku przestrodze. Oczywiście tam, gdzie jest redaktor, nie mogło zabraknąć też tłumaczy. Na forach internetowych powstają całe działy, odpowiedzialne za nadzorowanie takiej pracy. Jest więc i pytanie autora o zgodę i dopełnienie wszelkich formalności przy publikacji tekstu, a na początku zawsze powinien znaleźć się link do oryginału.

Fani mają więc swoją własną subkulturę. Piszą z rozmaitych powodów. Bo lubią, bo interpretują, bo coś nie pasuje, bo nie chcą się rozstać z ukochaną lekturą. Piszą młodzi i starsi, chłopcy i dziewczyny, doświadczeni i niedoświadczeni, piszą nawzajem siebie komentując. A co na to autor? Rozmaicie. J.K. Rowling w wywiadzie dla fanów przyznała się do inspiracji fanfikami, są pomysły, które ją zadziwiają, są i takie co bawią. Z kolei Anne Rice, autorka Kronik Wampirzych, zażądała, żeby wampirzego rodu trzymać się z daleka. Wywołało to burzliwe dyskusje wśród fanów, łączenie ze spekulacjami na temat tego, czy pisanie fanfików będzie możliwe po śmierci autorki. Są też osoby, który stanęły po dwóch stronach barykady. Nie musimy ich szukać ani za oceanem, ani na Wyspach, ale we własnym kraju. Ewa Białołęcka, autorka między innymi „Kronik Drugiego Kręgu”, swego czasu tworzyła fanfiki do Harry’ego Pottera dla rozrywki. W swojej wypowiedzi podkreśla wpływ literatury na fikcję po fikcji: Fanfiki można rozpatrywać jako przepływ informacji, coś w rodzaju reklamy. Mogą zwrócić uwagę potencjalnych czytelników na daną książkę i zachęcić do sięgnięcia po oryginał. Autor, nawet jeśli czyta niektóre fanfiki do swoich książek, to nie zapożycza z nich pomysłów. Jednak fanfiki, jak wszystko na tym świecie, mogą być inspiracją dla oryginalnej twórczości. Zapytana o utwory powstałe na bazie jej powieści pozostaje optymistyczna : Fanfiki, jakie powstały do moich książek, traktuję w pełni pozytywnie. Jakby nie patrzeć, są swego rodzaju pochwałą. Entuzjazmu nie kryje również inny popularny pisarz, Witold Jabłoński, autor między innymi powieści historyczno-fantastycznych: Osobiście nie miałbym nic przeciwko. Wydaje mi się, że miło być inspiracją młodych zdolnych – a nawet jeśli „niezdolnych”, to jednak zawsze dowód popularności. Uważam fanfik za ciekawe zjawisko, świadczące o tym, że ludzie czytają i lektura wpływa na nich twórczo. Tak, czy owak, jest to fajna zabawa i byłbym ciekaw, jakie postacie, czy wątki w moich powieściach dałoby się jeszcze rozwinąć, uzupełniając „luki”, o których autor nie pomyślał. Mogłoby to być inspirujące w przypadku kolejnych powieści, a zatem wynikłaby z tego obustronna korzyść. Jestem więc zdecydowanie „za”. No właśnie. Ciekawe jaką odpowiedź dałby Conan Doyle.

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu internetowym ONET. Z racji „fantastycznej” polityki tego portalu ze zmienionym tytułem, na którą to zmianę autorka nie miała żadnego wpływu, dowiedziawszy się post factum.

O AUTORCE
Dziennikarka i publicystka z Krakowa. Jako wolny strzelec publikowała w magazynie kultury popularnej Esensja, Dzienniku Teatralnym i Onecie. Obecnie współpracuje z wydawnictwem Solaris przy tworzeniu Encyklopedii Fantastyki a konkretniej redaguje hasła związane z wątkami mitologicznymi i legendarnymi, występującymi w kulturze popularnej. Zajmuje się także grafiką komputerową i pisaniem do szuflady. W swoim czasie pod pseudonimem pisywała opowiadania do Internetu. Przez sześć lat prowadziła forum literackie. Chociaż ceni media tradycyjne, przyszłość widzi w dziennikarstwie internetowym. Realizuje się szczególnie w recenzjach i esejach, w których dzieli się odkryciami z zakresu literatury i filmu. Szczególnie ceni sobie fantasy. Interesuje się też kulturoznawstwem, grafiką komputerową i nowymi mediami. Swego czasu założyła i zarządzała literackim forum internetowym. W pracy dziennikarskiej stara się łączyć wszystkie wspomniane dziedziny.