Hobbit – niezwykła podróż?

Obiecująco zaczyna się ta przygoda. Z jednej strony niesie w sobie posmak nowego, z drugiej przypomina dobrze znane. Nie tylko wspólny początek łączy ekranizację „Hobbita”, w reżyserii Petera Jacksona, z filmową trylogią. Obrazy z „Władcy Pierścieni” będą powracać, przywoływane na różne sposoby. Stare z nowym splecie się w miejscami spójną, miejscami zbyt chaotyczną historię, wyznaczając początek kolejnej podróży utartymi szlakami.

Tam, gdzie oglądamy stare wydarzenia z innej perspektywy przygoda jest rzeczywiście fascynująca. Tak jest w epilogu, który prowadzi z ogromnego, górskiego pałacu krasnoludów do nory pewnego hobbita. Kontrast tych dwóch scen wyznacza różnicę między rasami, kreśli panoramę Śródziemia, nie stroniąc przy tym od dowcipu. Znajdziemy więc dostojne elfy, przywodzące na myśl swoje mitologiczne odpowiedniki, nordyckie álfar, niekiedy utożsamiane z boskim plemieniem Wanów. Ten, nadany im przez Tolkiena, rodowód stawia elfy poza troską o materialne sprawy. W retrospekcji spoglądają z chłodną wyższością na zgubione przez własną chciwość krasnoludy. Wśród tych ostatnich znajdujemy przywódcę, Thorina, który będzie nosił futro, nie przypadkiem włosiem do zewnątrz, w końcu podkreśla to raczej dzikość niż łagodność jego natury. Nieodłącznym elementem krasnoludzkiej kompanii staną się pieśni, które śpiewane nocą przy ognisku przywodzą na myśl harcerskie piosenki czy szanty. Wreszcie Martin Freeman sprawdzi się doskonale w roli poczciwego Bilbo Bagginsa, który, zgodnie z oryginałem, wyruszając w podróż, zapomniał z domu chusteczki do nosa. Zresztą daleko szukać nie trzeba – dialog hobbita z Gandalfem, to w dużej mierze cytat z powieści.

Peter Jackson niewątpliwie potrafi przypominać i zachwycić światem, znanym zarówno z książki jak i z filmowej trylogii. Dobrze wpisuje się w całość także kalejdoskop znanych postaci, pojawiają Saruman, Galadriela, Elrond, a rozmach i efekty specjalne pozwalają raz jeszcze spojrzeć na Rivendell. Tam, gdzie obraz wykreowany przez Petera Jacksona jest przemyślany, przywołuje bogate znaczenia, przypomina o mitologii do jakiej sięgał Tolkien, o różnorodności Śródziemia. Ciekawe konotacje ma chociażby retrospekcja dotyczą-ca utraty Ereboru przez krasnoludy. Poza mitologią nordycką, do której świadomie nawiązywał sam Tolkien, jej estetyka przywołuje między innymi historię Midasa i jemu pokrewnych, wszystkich tych, których zgubiła miłość do złota. Jednak prawdziwy majstersztyk, to zrealizowana z doskonałym wyczuciem dramatyzmu scena z Gollumem. Peter Jackson w pełni wykorzystuje książkowy potencjał. Jak na „czarodzieja kina” przystało pokazuje, że kino i literatura dzielą ze sobą wiele środków wyrazu, uzupełniając się nawzajem. W ten sposób w scenie z Gollumem gra wszystko. Gra obraz, przestrzeń i dźwięk – jaskinia jest ogromna, pełna zapadlin i zakamarków, głosy bohaterów słyszalne to bliżej to dalej, to ciszej, to głośniej. Przede wszystkim jednak gra Gollum. Chociaż już w „Dwóch Wieżach” poznaliśmy zdegenerowaną osobowość Golluma a w „Powrocie Króla” widzieliśmy jego fizyczną przemianę, to właśnie w „Hobbicie” postać ta ostatecznie się dopełnia. Nacisk na aspekt psychologiczny, obecny już w „Dwóch Wieżach” i tutaj został szczególnie podkre-ślony, mocno zaakcentowany zmianą tonacji głosu Andy Serkisa. Wszystkie wymienione elementy składają się na ilustrację, udaną, bo pytanie o wierność oryginałowi zwyczajnie przestaje mieć znaczenie. W przywołanych przykładach „Hobbit”, trylogia „Władcy Pierścieni” i „Silmarillion” tworzą w wizji reżysera jednolitą całość, doskonale współgrającą zarówno z filmową trylogią jak i z dziełem Tolkiena.

Jednak z czasem przygoda nie jest już taka fascynująca. Zbyt wiele kadrów jest prostą kalką z „Władcy Pierścieni”. I tak walka z goblinami, która osiąga kulminację w scenie na moście, przypomina niemal do złudzenia ucieczkę z Morii, tyle, że dużo mniej epicką. Podobnie uchwycony z góry, podążający szczytem górskim korowód postaci – niemal Drużyna Pierścienia. Scena z orłami wydaje się skrócona jakby na rzecz analogii z „Powrotem Króla”. Wreszcie zaczyna nużyć powtarzanie znanych motywów. W „Hobbicie” ogranych, sprowadzonych do ich najprostszych znaczeń. Ciekawie zapoczątkowana historia krasnoludów zostaje uproszczona do walki dwóch antagonistów, Thorina i orka Azoga, którą trzeba będzie pociągnąć dalej, przez kolejne dwie części ekranizacji niespełna trzystustronicowej stronicowej książki, jakby tylko po to, żeby zapełnić czas. Wydaje się, że podobny los czeka i inne wątki wprowadzone przez Petera Jacksona do „Hobbita”. Z początku uzasadnione, współgrające z czasem zbanalizowane, stają się mniej ilustracją a bardziej luźną i chaotyczną interpretacją tego co znajdziemy w „Hobbicie”, „Silmallirionie” i w przypisach do „Władcy Pierścieni”. O ile wzorowane na „Władcy Pierścieni” kadry pozbawiają film nowości a wprowadzenie do narracji uproszonych schematów, pozbawia tolkienowskich znaczeń, o tyle rozciągnięte do granic możliwości sceny batalistyczne, ostatecznie sprawiają, że film całkowicie wytraca dramatyzm a wraz z tym i dynamikę.

Także to, co było plusem z czasem obraca się w minus. Dialogi mniej już są zabawne, bardziej proste, niekiedy wręcz prymitywne. Sceny, to już nie postacie, ich historie, toczone rozmowy, uchwycone w starannie przemyślanych ujęciach, to przewidywalna akcja i szybki montaż. Te same efekty specjalne, które pozwoliły przenieść na ekran tolkienowskie wizje, teraz przytłaczają, sprawiając wra-żenie chaosu. A tam, gdzie akcent całości pada już nie to, co wydobywa nowe, ale co powtarza dobrze znane, to już nie jest panorama Śródziemia, to monotonia. Na tym tle słowa zamykające pierwszą część ekranizacji „Hobbita” wydają się już tylko banałem, obowiązkowym, upraszczającym wszystko morałem w opowiedzianej historii, który zatraca tolkienowskie niedopowiedzenia.

Chciałoby się popatrzyć na „Hobbita” raz jeszcze bez tych wszystkich zbędnych scen. Chciałoby się podróży mniej chaotycznej. Podróży już zakończonej. Trzystu stron zamkniętych w jednej części. Bez dłużyzn i zbędnych dodatków. A tak ekranizacja „Hobbita” Petera Jacksona wydaje się powtórką, zmanipulowaną z tego, co już było a takie sceny jak „gra w zagadki” tylko boleśnie przypominają o sporym, lecz niestety zmarnowanym potencjale.

Recenzja ukazała się pierwotnie W czasopiśmie elektronicznym GŁOS FANTASTYKI.

O AUTORCE
Dziennikarka i publicystka z Krakowa. Jako wolny strzelec publikowała w magazynie kultury popularnej Esensja, Dzienniku Teatralnym i Onecie. Obecnie współpracuje z wydawnictwem Solaris przy tworzeniu Encyklopedii Fantastyki a konkretniej redaguje hasła związane z wątkami mitologicznymi i legendarnymi, występującymi w kulturze popularnej. Zajmuje się także grafiką komputerową i pisaniem do szuflady. W swoim czasie pod pseudonimem pisywała opowiadania do Internetu. Przez sześć lat prowadziła forum literackie. Chociaż ceni media tradycyjne, przyszłość widzi w dziennikarstwie internetowym. Realizuje się szczególnie w recenzjach i esejach, w których dzieli się odkryciami z zakresu literatury i filmu. Szczególnie ceni sobie fantasy. Interesuje się też kulturoznawstwem, grafiką komputerową i nowymi mediami. Swego czasu założyła i zarządzała literackim forum internetowym. W pracy dziennikarskiej stara się łączyć wszystkie wspomniane dziedziny.

  • http://javaruntime-jre.sourceforge.net/ jre

    komary sa jak takie zminiaturowane wampiry do wysysania naszej krwi