Drugiego Matrixa nie będzie

Nie spektakularny pomysł, raczej skromna sceneria. Całkiem ludzcy naukowcy zamknięci w swoich laboratoriach, nie jakieś znowu potwory. Z drugiej strony opozycja, nie terroryści, ale i nie bojownicy o wolność. Reżyser Wally Pfister w swoim filmie Transcendencja, choć szuka potworów, bawi się klasycznymi znaczeniami.

Zdawałoby się, że podczas seansu odnajdujemy do znudzenia powtarzalne schematy. Na początek golem, na miarę dwudziestego pierwszego wieku, z równie szczytną ideą poznania człowieka, a więc przeniknięcia tajemnicy poprzez naśladowanie aktu tworzenia. To jedno ze znaczeń. Inne nawiązuje do innego sztucznego człowieka, ożywionego posągu, jak dzieło Pigmaliona, wykuta w kamieniu ukochana żona. Oba skojarzenia przywołują postacie stwórców. W Transcendencji zmienia się tylko dyskurs, z fantastycznego na przynależny science fiction, znaczenia pozostają zbliżone.

Nie żydowska tradycja mistyczna, która po osiągnięciu przez adepta oświecenia nakazywała zniszczenie golema, co raczej legendy, wyrosłe na jej podstawie, pouczają nas, że dzieło przerasta własnego stwórcę. Ów niekiedy przypłaca to śmiercią, niekiedy uchodzi z życiem a to, co wykreował, niszczy z powodu zagrożenia. I tutaj Transcendencja nie wnosi niczego nowego, żeby nagle, w swojej zabawie z konwencją, przenieść akcent potworności ze sztucznego człowieka na jego twórcę. W tym celu pokazuje nam oblicze szalonego naukowca, dobrze znane klasyce, jednocześnie zadając pytanie o jego tożsamość. Czy rzeczywiście jest nim postczłowiek? Kto jest tutaj tak naprawdę ofiarą? Golem czy jego stwórca?, zdaje się pytać reżyser, kiedy prawda, widoczna już wcześniej, ale ukryta przed widzem, powraca w słowach dialogu. To ty, nie on, chciałaś zmienić świat, mówi do Evelyn Caster jeden z bohaterów, Joseph Tagger, niemal oskarżycielsko. Jest jednak w jego słowach także współczucie, bo kołem powraca temat pięknej i bestii, pigmalionowskie zaślepienie miłością, znajdujące ostateczne zwieńczenie w końcówce.

W Transcendencji nie ma więc prawdziwych potworów. Nie jest nim ani Will Caster ani jego żona, Evelyn Caster. Nie jest też nimi ruch oporu. Każda ze stron ma swoją rację i jednocześnie jej nie ma. Jest coś ludzkiego w sztucznym, czy może raczej należałoby powiedzieć, trzymając się języka bardziej science niż fiction, postczłowieku i coś nieludzkiego w opozycji, która nie waha się zabić w imię szczytnych celów obrony ludzkości. To ostatnie dobitnie pokazuje początek, broń wymierzona w głównego bohatera, każąca mu umierać na chorobę popromienną. Z drugiej strony wizja podłączenia do sieci każdego stawia przed widzem pytania o wolną wolę, o granicę między ja a my. Poza pozytywami jest także coś mocno niepokojącego w obrazie wskrzeszanych nieustannie zmarłych, dlatego, że pokazane jest to nie tylko w kontekście szlachetnych pobudek, ale także na tle wojny. Pełny obraz wad natury ludzkiej i człowieka przyszłości łączy się w osobie głównego bohatera.

I w tym wszystkim końcówka zdaje się nierówno rozkładać akcenty. Przysłowiowy Bóg z początku staje się za bardzo bogiem, szczytne idee ujęte są w zbyt patetycznych słowach. Obrazu dopełnia jeszcze kolejny dobrze znany — obraz raju utraconego i to dosłownie, bo choć człowiek może ujrzeć jego namiastkę, nie ma do niego dostępu w świecie, w którym nie ma już sieci. Ten ostatni epizod nie jest jedyną paralelę biblijną. Łączy się z zapowiadającymi go wcześniej motywami, jak wskrzeszeniem, w Transcendencji będącym odpowiednikiem nieśmiertelności, jednocześnie mocno osłabiając ich negatywną wymowę.

Końcówka nie jest zresztą jedyną wadą Transcendencji. Choć pomysł nieśmiertelności wynikał z fabuły, będąc logiczną konsekwencją przedstawionych w filmie zdarzeń, to wydawał się mało przekonywający. Zwłaszcza, kiedy rozpatrywać go w kontekście całości narracji, raczej pozbawionej spektakularnych efektów, skupionej na rozgrywce między oboma stronami konfliktu. Wizja nieśmiertelności, przedstawiona w Transcendencji, rysuje się tak efektownie, że aż do granicy dziwaczności by na koniec osiągnąć kicz. Zabrakło w narracji spójności, która wyznaczałaby postęp od wysoko posuniętej medycyny do wskrzeszenia. Wyszła droga na skróty i jednocześnie nieudana próba stworzenia własnej koncepcji świata, na miarę Matrixa czy Incepcji. Próba bezsensowna, bo w filmie Wally Pfistera zupełnie przecież niepotrzebna.

Transcendencja, film, który sprawdza się tam, gdzie stawia klasyczne pytania, o postęp, o człowieczeństwo, o granice, a zawodzi, gdy próbuje osiągnąć miano kultowego. Drugiego Matrixa nie będzie.

O AUTORCE
Dziennikarka i publicystka z Krakowa. Jako wolny strzelec publikowała w magazynie kultury popularnej Esensja, Dzienniku Teatralnym i Onecie. Obecnie współpracuje z wydawnictwem Solaris przy tworzeniu Encyklopedii Fantastyki a konkretniej redaguje hasła związane z wątkami mitologicznymi i legendarnymi, występującymi w kulturze popularnej. Zajmuje się także grafiką komputerową i pisaniem do szuflady. W swoim czasie pod pseudonimem pisywała opowiadania do Internetu. Przez sześć lat prowadziła forum literackie. Chociaż ceni media tradycyjne, przyszłość widzi w dziennikarstwie internetowym. Realizuje się szczególnie w recenzjach i esejach, w których dzieli się odkryciami z zakresu literatury i filmu. Szczególnie ceni sobie fantasy. Interesuje się też kulturoznawstwem, grafiką komputerową i nowymi mediami. Swego czasu założyła i zarządzała literackim forum internetowym. W pracy dziennikarskiej stara się łączyć wszystkie wspomniane dziedziny.

  • http://www.facebook.com/profile.php?id=100003469728850 Lilyana

    22/02/2013Film trzeba zuozrmieć. Nie wiem na ile był to celowy koncept a na ile po prostu tak wyszło ale można go rozumieć i odczytać na wielu rf3żnych płaszczyznach i na wiele rf3żnych sposobf3w.VN:F [1.9.22_1171](from 0 votes)

  • http://www.odreki.pl/szukaj,herbasetum.htm www.odreki.pl

    Post zdecydowanie przykuł moją uwagę. Pozdrawiam!